30 lip 2013

39. "Na rozstaju dróg" - Richard Paul Evans







      Tytuł polski: "Na rozstaju dróg"    
      Tytuł oryginału: "Miles to Go
"    

      Seria: "Dzienniki pisane w drodze" - tom 2
      Autor/ka: Richard Paul Evans
      Wydawnictwo: Znak 
      Liczba stron: 304






Rzadko kiedy można na swej drodze spotkać osoby, które okażą nam pomoc bezinteresowną i w najgorszych chwilach wyciągną rękę w naszym kierunku.  Dlaczego jest ich tak niewiele? Powodów może być mnóstwo - jedni wolą nie mieszać się w życie innych, usprawiedliwiając się przy tym natłokiem własnych zmartwień, olejni wyznają zasadę "coś za coś". Czy taką pomoc można w pełni nazwać szczerą? Chyba nie bardzo. Bo przecież prawdziwą satysfakcję przynieść nam może tylko okazana bezinteresowna i szlachetna.

Alan Christoffersen rozpoczyna kolejny etap swojej wyprawy. Po pobiciu przez pewien gang, które skutkowało poważnymi obrażeniami i pobytem w szpitalu, główny bohater zmuszony był przerwać swą wędrówkę. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - Alan poznaje sporo ludzi, którzy w mniejszym czy większym stopniu będą miały wpływ na dalszy bieg wydarzeń. Kim jest tajemnicza Angel, kobieta, która za wszelką cenę jest w stanie pomóc Alanowi? Jaką historię skrywa? Co przyniesie ze sobą dalsza podróż?

"Na rozstaju dróg" to dopiero druga spośród nie wiadomo ilu części "Dzienników pisanych w drodze" amerykańskiego pisarza Richarda Paula Evansa. Dlaczego "dopiero"? Ano dlatego, że patrząc na mapkę wewnątrz pozycji, główny bohater, w kolejnej niewielkiej objętościowo książeczce, kończy swą dotychczasową wędrówkę w Dakocie Południowej, tak więc, patrząc na realną mapę Stanów Zjednoczonych, po przejściu czterech Stanów, do dotarcia do celu Alanowi pozostało ich jeszcze sześć, co średnio daje dwa, w najlepszym przypadku trzy Stany na jedną książkę. Podsumowując, ze trzy części jeszcze przed nami, chyba że autor zwiększy tempo. Ale dość wyliczeń, moim zadaniem jest przecież skupienie się na czymś zupełnie innym.

Druga część, w porównaniu do pierwszej, serwuje nam dużo mniej opisów samej pieszej wędrówki. Ich miejsce zajmują zobrazowania budowania relacji międzyludzkich i pomocy w ciężkich życiowych momentach. Dzięki temu "Na rozstaju dróg" ma w sobie jeszcze więcej ukrytych wartości niż poprzedniczka. Przede wszystkim - niesie nadzieję na lepsze jutro, pomaga zapomnieć o smutkach i przywrócić wiarę w ludzi. Może się jednak wydawać, że cała historia jest odrobinę przesłodzona i wręcz nierealna - wszystko kończy się idealnie, czyli niezupełnie tak, jak to w prawdziwym życiu bywa. Jednak rzadko kto zwróci na to większą uwagę, patrząc na to jak wspaniałą kontynuację zafundował nam autor.

Bardzo polubiłam głównego bohatera, Alana. Ile odwagi i samozaparcia potrzeba człowiekowi do podjęcia takich jak on decyzji? W drugiej części możemy też zaobserwować jego wewnętrzną przemianę - staje się bardziej pewny siebie, zostawia przeszłość za sobą i skupia się na tym, co ma wkrótce nadejść. Jego wędrówka uczy nas, że nie warto się poddawać, lecz należy dążyć do celu i umieć pokonywać wszelkie przeszkody napotkane na swej drodze. Nie należy być przy tym całkowicie skupionym na sobie, bo dookoła nas z pewnością są osoby, które bardziej niż my sami potrzebują pomocy, która może przecież nadejść także z naszej strony.

"Na rozstaju dróg" to naprawdę dobra kontynuacja. Jest książką zawierającą mnóstwo życiowych prawd, mądrych cytatów, lecz przy tym zero pseudofilozoficznych przemyśleń. Jest po prostu książką, którą wspaniale się czyta, a która zawiera w sobie jednocześnie mnóstwo wartości. Jak najbardziej polecam.

Ocena: 8/10

Dzienniki pisane w drodze
Dotknąć nieba | Na rozstaju dróg

„Z ludźmi jest jak z książkami, dopóki ich nie otworzysz, nic o nich nie wiesz.”

27 lip 2013

Liebster Blog Award #2

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”
Za nominację bardzo dziękuję Natalii :)

1. Czy bardzo się stresujesz jeśli w książce bohaterowie mają kłopoty?
Wszystko zależy od książki. Jeżeli sytuacje są przyzwoicie opisane, a akcja mnie wciągnie, automatycznie przeżywam wszystkie wydarzenia razem z bohaterami.
2. Jak doszło do tego, że zostałaś blogerką?

Jakiegoś bloga posiadałam od kiedy tylko sięgam pamięcią. Swój pierwszy miałam na Onecie, podobnie jak i kolejne, a pisałam już chyba o wszystkim. Jednak przeważnie każdy upadał po kilku miesiącach, tygodniach, a nawet dniach, co spowodowane było brakiem chęci i czasu, więc jestem z siebie dumna, że mam w sobie jeszcze jakiś zapał do prowadzenia tego :)
3. Czy jest taka książka, która była dla ciebie totalnym dnem?

Owszem, sporo się znajdzie. Ze znanych mi po tytule to bez wątpienia "50 twarzy Greya" oraz "Alchemik", co do reszty to jakieś beznadziejne młodzieżówki i paranormale, których nazw, na szczęście, nie pamiętam.
4. Masz swoją ulubioną postać z książki?

Całkiem sporo się znajdzie! Najwięcej chyba z Harry'ego Pottera, jak chociażby główna trójka, Luna czy Hagrid, a poza tym Jaskier oraz Ciri z sagi o Wiedźminie czy Augustus Waters z "Gwiazd naszych wina".
5. Jak się zaczęła twoja miłość do książek?

Czytam od kiedy pamiętam. Jednak ta "prawdziwa" miłość do książek przyszła wraz z "Harrym Potterem" w jednej z pierwszych klas podstawówki :)
6. Ulubiona tematyka/rodzaj książek?

Podobnie jak z muzyką, nie mam. Nie ograniczam się do jednego gatunku, w moim przypadku dzielę je nie na tematykę, tylko na te "dobre" i "złe". Jeśli książka jest przyzwoita, to mogę otworzyć się na dany gatunek, tak jak to było z przykładową fantastyką i "Wiedźminem".
7. Jeśli mogłabyś wybrać jednego autora i pójść z nim na kawę, kogo byś wybrała? Dlaczego?

J.K.Rowling, bez wątpienia. Dlaczego? Bo wiele jej zawdzięczam. Dzięki HP zaszczepiła we mnie miłość do książek, zabarwiła lata mojego dzieciństwa. Stworzyła świat, w którym chciałoby się pozostać na zawsze.
8. Lubisz czytać w nocy?

Nie. Oczy szybko się męczą, a poza tym nie umiem wysiedzieć do późnych godzin nocnych, nawet po kilku kawach. No chyba że książka wciągnie mnie na tyle, że nie oderwę się od niej póki nie skończę lektury.
9. Czytasz e-booki lub słuchać audio-booków?

Po audio-booki nie sięgam wcale i wątpię, żeby się to zmieniło. Co do e-booków to zastanawiam się nad zainwestowaniem w czytnik, chociaż nic przecież nie pobije książki w tradycyjnej, papierowej wersji!
10. Lubisz słuchać muzyki podczas czytania?

Nie, nigdy tego nie robię. Nie mogę się wtedy skoncentrować.
11. Wolisz czytać serie/cykle/trylogię czy książki, które są jednotomowe?

W sumie to wszystko mi jedno, ważne tylko, by książka była dobra. Chociaż, jeśli już muszę wybierać, to jednotomowe.

Nominować nikogo nie chcę, bo wszyscy już chyba brali udział w tej zabawie, ale jeśli ktoś chce dołączyć, to dodaję pytania z poprzedniego posta, które pozostały niewykorzystane (nie będą się marnować, a co!).

1. Ulubiona książka/seria książek?
 2. Czy posiadasz jakieś hobby?
 3. Ulubiony i znienawidzony szkolny przedmiot?
 4. Kto lub co Cię inspiruje?
 5. Rzecz denerwująca Cię w blogosferze?
 6. Co chciałbyś/chciałabyś robić w przyszłości?
 7. W jakich językach mówisz, a w jakich chciałbyś/chciałabyś?
 8. Jaki kraj chciałbyś/chciałabyś odwiedzić w przyszłości? 
 9. Twoje największe marzenie?
10. Ostatnio przeczytana książka?
11. Wygrałeś/aś milion. Co zrobiłbyś/zrobiłabyś z pieniędzmi?

12 lip 2013

38. "Rozdroża" - William P. Young







        Tytuł polski: "Rozdroża"    
      Tytuł oryginału: "Cross Roads
"    
      Autor/ka: William Paul Young
      Wydawnictwo: Nowa Proza
      Liczba stron: 320






Chyba każdy z nas miał w swoim życiu chwile zwątpienia, jeśli chodzi o wiarę. No bo w sumie dowodów na istnienie Boga jako takich nie ma, a to, czy ktoś jest wierzący lub nie, to tylko jego własna sprawa. Nad istnieniem Boga zastanawiamy się głównie w chwilach, gdy spotkamy coś przykrego na swej drodze, doznamy cierpienia, dotknie nas straszliwa tragedia. Lecz nie tylko wtedy, gdy jest to bezpośrednio związane z nami. Tyczyć może się to przecież ogółu. Sporo z nas się wtedy zastanawia, dlaczego na świecie istnieje tyle zła i cierpienia? Dlaczego w innych drzemie tyle okrucieństwa? Lecz czy rzeczywiście mamy kogo za to obwiniać?

W kolejnej powieści pana Younga poznajemy Tony'ego - egoistycznego człowieka, dla którego nadrzędną wartość stanowią pieniądze. Podobnie jak swojego "poprzednika", jego również spotkała tragedia - wykryto u niego guza mózgu. Tony zapada w śpiączkę i ląduje na OIOMie. Jego duch przenosi się natomiast do zupełnie innego świata, "świata-po", w którym dane mu będzie spotkać osoby, które uświadomią mu, jak wiele krzywdy wyrządził na Ziemi i czy istnieje szansa, by móc naprawić swoje błędy.

"Rozdroża" to druga wydana w Polsce i zarazem druga przeze mnie przeczytana książka autorstwa kanadyjskiego pisarza Williama P. Younga. W sumie po lekturze "Chaty" nie czułam jakiejś ogromnej potrzeby sięgania po cokolwiek innego co wyszło spod pióra tego autora, obawiając się, że dostanę po prostu wierną kopię swej poprzedniczki. No ale skoro okazja się nadarzyła, to dlaczego by nie spróbować. Co otrzymałam? Historię w sumie podobną, za dużo kopiowania, trochę zbyt mało od siebie, tak uważam. Ale zacznijmy od początku.

Jeśli o początek chodzi, to zauważyłam pewien zastanawiający błąd, chociaż nie wiem czy tak samo wygląda to w oryginale. Otóż raz powtórzony zostało kilka identycznych zdań, wplątanych tylko między inne. Słowo w słowo (dla zainteresowanych - str. 9 i 11). Nie wiem dokładnie jak i dlaczego to się stało, ale błąd jest i będzie. Ale koniec tematu, wróćmy do treści. Książka, podobnie jak "Chata", napisana jest lekkim językiem, więc szybko się ją czyta. Ze względu na tematykę poświęconą wierze, każdy odbierze ją na swój sposób, jednym spodoba się bardziej, innym mniej. I tak jak poprzedniczka, zawiera sporo życiowych mądrości (choć część w stylu coelhowskich) i zmusza nad zastanowieniem się nad samym sobą. 

Jednak, jak wcześniej wspomniałam, za dużo tu trochę kopiowania. Przepis na "Rozdroża"? Wrzucić "Chatę", "Opowieść wigilijną" Dickensa do blendera i voila! Anthony, główny bohater, to taki Scrooge XXI wieku. Zmienia się pod wpływem, niemożliwych bo niemożliwych, ale jednak, wydarzeń. Chociaż, o dziwo, druga powieść pana Younga podobała mi się bardziej od poprzedniej. Przewidywalna, fakt, trochę elementów skopiowanych, to też trzeba przyznać, ale czytało się je dużo lepiej. Może dlatego, że przypomina ona bardziej zwykłą historię, a kwestie religijne zrzucone są na (trochę) dalszy plan. 

Jeśli zamierzacie przeczytać "Rozdroża", radzę się zapoznać najpierw z poprzednią powieścią tego autora, "Chatą". Dostrzeżecie wtedy pewnie sporo podobieństw, ale jednocześnie kilka różnic. Ja jednak wyżej ocenię "Rozdroża". Za "nie narzucanie", a przynajmniej, w moim odczuciu, mniejsze, swych myśli czytelnikom i pomoc w odnalezieniu sensu życia. Myślę, że nawet osobom, którym nie po drodze z książkami religijnymi czy filozoficznymi, powieść ta może przypaść do gustu.

Ocena: 7/10

"Życie jest ciągiem niezliczonych wyborów, człowiek co rusz staje na rozdrożu."

9 lip 2013

Stosik nr 8 (lipcowo-sierpniowy)

Wakacje trwają już jakiś czas, a ja w dalszym ciągu w pełni ich nie czuję. Wszystko pewnie przez te licea, zamartwianie się, zastanawianie się nad wyborem i profilami. Ale dobra, wszystko się, jak dla mnie, skończyło. Nie jestem w pełni zadowolona, nie dostałam się tam, gdzie zamierzałam (choć niewiele brakowało), wylądowałam w innej szkole na profilu biologiczno-chemicznym. Chociaż poprzeczkę postawiłam sobie naprawdę wysoko, więc gdyby przyjęli mnie do szkoły pierwszego wyboru, to od września wątpię, by posty się na blogu ukazywały, nauka by mnie pochłonęła całkowicie. Ale ponieważ zależało mi na tej szkole bardzo, to i tak w ciągu roku będę próbować się przenieść, a jeśli mi się uda, to czas na pisanie i czytanie może też by się jakoś znalazł. Ale co ja Was zanudzać będę, dzisiaj ma być przecież książkowo i stosikowo, więc nie będę przeciągać.


Od góry:

  • Richard Paul Evans - "Na rozstaju dróg" - ciąg dalszy podróży Alana Christoffersena. Spodobała mi się część pierwsza, więc z wielką chęcią przeczytam kolejną,
  • Julianna Bagott - "Nowa Ziemia" - kupiona na Warszawskich Targach Książki za całe dziewięć złotych. Wszyscy tak zachwalają, więc kupiłam, chociaż, szczerze, mam pewne obawy,
  • Margaret Peterson Haddix - "Wśród zdradzonych. Wśród notabli" - recenzję pierwszej części możecie znaleźć na blogu. W sumie to jakoś bardzo mnie nie urzekł, ale ponieważ nie lubię niedokończonych serii, wypożyczyłam kontynuację,
  • Rebecca James - "Piękna ZŁAlicja" - przeczytałam recenzję tej książki akurat w dniu, w którym poszłam do biblioteki, więc jak tylko zobaczyłam to postanowiłam zaryzykować. Zobaczymy co z tego będzie,
  • Andrzej Polkowski, Joanna Lipińska - "Tezaurus, Harry Potter I-VII" - czyli książka, którą każdy fan HP powinien posiadać w swych zbiorach - zbiór osób i miejsc, opisy i wiele więcej, czyli ogółem wszystko, wszystko, co pojawiło się w Harrym Potterze. Planuję niedługo zacząć czytać całą serię po raz kolejny, a ponieważ często gubię się wśród nazw i reszty, Tezaurus będzie nieodłącznym elementem lektury,
  • Howard Sounes - "Bob Dylan. Autostradą do sławy" - już raz ją kiedyś wypożyczyłam, a ponieważ nie zdążyłam przeczytać, stwierdziłam, że wakacje są idealnym czasem, by nadrobić wszelkie zaległości,
  • Markus Zusak - "Złodziejka książek" - sytuacja podobna jak z "Gwiazd naszych wina" - nie ma chyba osoby, której książka nie przypadłaby do gustu, więc skoro podoba się wszystkim, to mnie też chyba musi, czyż nie? Innymi słowy najnowszy zakup,
  • Philip Norman - "Szał! Prawdziwa historia Beatlesów" - a tu najnowszy prezent i jednocześnie najnowsza na polskim rynku wydawniczym biografia Beatlesów, która wyszła spod pióra dość słynnego autora biografii muzycznych. Po McCartneyowskim koncercie jakoś znów więcej ich słucham, więc, można powiedzieć, "strzał w dziesiątkę".
Trochę w sumie tego jest, więc na jakiś czas wystarczy. W sobotę wyjeżdżam na niecałe dwa tygodnie, więc znów sobie ode mnie na jakiś czas odpoczniecie, ale mam nadzieję, że zdążę jeszcze ze dwie recenzje przed wyjazdem dla Was naskrobać. Trzymajcie się!

7 lip 2013

Książka vs film #1: Charlie (The Perks of Being a Wallflower)






Długo się zastanawiałam nad "dołożeniem" czegoś do bloga, by w kółko nie powtarzać schematu: recenzja, stos, recenzja, z przerwą na zapowiedzi, Top 10 i tym podobne. Wpadłam na pomysł publikacji postów "Książka vs film", w których będę porównywać przeczytaną pozycję z jej adaptacją filmową. Jak widzicie jest to dopiero pierwsza odsłona, więc może mi nie pójść najlepiej. Nie będę dzielić posta na dwie osobne opinie, książki i filmu, ponieważ kiedyś już opublikowałam tę pierwszą (jedna z początkowych, proszę się nie śmiać) i nie chcę się powtarzać. Tak więc będzie trochę "przeplatanki" zwieńczonej krótkim podsumowaniem. Ale dobra, nie zanudzam.

Tytułowy Charlie to przeciętny szesnastolatek, zagubiony i nieśmiały, który rozpoczynając naukę w pierwszej klasie liceum zaczyna pisać listy do nieznanego przyjaciela opowiadając mu o sytuacjach i zmianach zachodzących w jego życiu, na które wpływ mieli między innymi jego nowo poznani przyszli przyjaciele. Porusza w nich takie kwestie jak: przyjaźń, relacje w rodzinie, szkoła, miłość, narkotyki czy strata bliskich. Wspomina także wydarzenia mające miejsce w przeszłości, niekoniecznie pozytywne.

Zaczęłam od "Charliego", mimo że zarówno książkę jak i film obejrzałam kawał czasu temu, jednak w dalszym ciągu o nich myślę.  Jest to na pewno jedna z najlepszych młodzieżowych książek opowiadająca o nastolatkach właśnie, ich problemach, przyjaźni, miłości, dojrzewaniu, stracie ludzi, do których się przywiązałeś. Pomaga odkryć piękno tego życia na nowo po trudnych momentach w przeszłości i odgrodzeniu się od świata zewnętrznego. Co do książki, to jej forma, czyli listy pisane to nieznanego odbiorcy, pozwoliły nam bardziej utożsamić się z, momentami dziecinnym i naiwnym, głównym bohaterem. Osobiście miałam wrażenie, jakby to do mnie były one adresowane.

W sumie to bardzo zżyłam się z bohaterami, Charliem, Sam, Patrickiem i resztą. Może dlatego, że moja historia po części składa się z fragmentów ich własnych. Kilka razy porównywałam siebie do nich, swoje życie, do ich żyć. Sporo z nas było ocenianych, wyśmiewanych i zagubionych w etapie dorastania. Traciliśmy bliskich, przeżywaliśmy wiele nieprzyjemnych chwil. I może dlatego, przynajmniej w moim przypadku tak dobrze się "Charliego" czytało i oglądało. Przez to, że bohaterowie jak i cała historia była tak szczera i rzeczywista.

Film. Duży plus za to, że zarówno reżyserią jak i scenariuszem zajął się sam autor, czyli Stephen Chbosky. Dzięki temu ekranizacja wyszła naprawdę świetnie, a książka i film idealnie wręcz się uzupełniają. Na początek powiem trochę o obsadzie, która, według mnie, jest po prostu perfekcyjna. Logan Lerman to po prostu żywy Charlie, dokładnie tak go sobie wyobrażałam czytając książkę (tak, najpierw książka panie i panowie. Zapoznając się z nią nie wiedziałam jeszcze o filmie, więc nic nie porównywałam). Miło zobaczyć Emmę Watson już nie jako kujonowatą Hermionę Granger, lecz rozwijającą się, młodą aktorkę. Ezra Miller w roli Patricka również wypadł znakomicie. Co do reszty filmowych bohaterów nie będę się rozpisywać, ale przyznać muszę, że dobór aktorów jest naprawdę, NAPRAWDĘ wspaniały.

Czuję jednak pewny niesmak, bo pomimo tego, że autor książki reżyserując film z
pewnością miał wizje co, kiedy i jak umieścić, to szkoda jednak, że pominął kilka wątków. Chociaż może nie tyle, co pominął, tylko po prostu nie do końca rozwinął. Zaliczyć można do nich relację Charliego z nauczycielem angielskiego, pod którego kątem szlifował swój talent, jak również problemy siostry głównego bohatera, o których sporo mówiło się w książce. 

Cała historia działa się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, lecz film zrobiony jest bardziej na lata obecne, przez co również odbiega trochę od książki, ale nie aż tak jak to przeważnie jest między publikacją, a jej adaptacją filmową. W tym przypadku oba idealnie się, jak już wcześniej napisałam, uzupełniają, co niewątpliwie daje duży plus. Rzadko kiedy można spotkać coś takiego, chociaż ten przypadek jest w pełni uzasadniony - jedna i ta sama osoba czuwała nad obiema wersjami.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o przegenialnym wręcz, zawierającym świetne utwory, soundtracku. Znajdziemy tu obowiązkowo "Asleep" the Smiths, którym zachwycał się główny bohater, jak również kawałki innych wspaniałych artystów - Davida Bowie, Dexy's Midnight Runners, Sonic Youth, New Order czy Cocteau Twins. Żyć nie umierać.

Podsumowując - zarówno książka jak i film (oraz soundtrack, nie można zapomnieć o soundtracku!) mnie zachwyciły. Przeważnie ekranizacja powieści jest dużo, DUŻO gorsza od wersji papierowej, jednak będzie to jeden z takich przypadków, w których film pokonał książkę. Nie wiem, może jest to zasługa bardzo dobrej obsady i ścieżki dźwiękowej, ale w końcu wady też on posiada, żeby nie było, że nie. Może i jest za bardzo zamerykanizowany, może pominięto pewne fragmenty, ale i tak jego będę lepiej wspominać, chociaż nie mówię, że książka jest tragiczna, co to, to nie! Was tymczasem zapraszam do zapoznania się z historią Charliego, lub nadrobienia jej braków książkowych/filmowych. A tych, co obie wersje mają za sobą, zachęcam do podzielenia się swoim krótkim porównaniem w komentarzu ;)
"Nie ważne jak bardzo odbiegasz od społeczeństwa, jeśli masz przy sobie kogoś równie niezrównoważonego co Ty, puść rocka i rozłóż ramiona w pędzącym aucie, a wszystko samo się ułoży."

1 lip 2013

37. "Gwiazd naszych wina" - John Green







      Tytuł polski: "Gwiazd naszych wina"    
      Tytuł oryginału: "The fault in our stars
"    
      Autor/ka: John Green
      Wydawnictwo: Bukowy Las
      Liczba stron: 312






Czym dla nas jest śmierć? Dla jednych pewnie czymś zupełnie odległym, czymś, o czym wolą póki co nie myśleć. Dla innych stanowi coś przerażającego i niespodziewanego zarazem, co może przyjść dosłownie w każdej chwili. Dla ludzi wierzących jest to po prostu moment "przejścia na drugą stronę", po którym będą mogli żyć wiecznie. Dla grupy osób nie uznających żadnej religii jest etapem ostatecznym; niekończącym się snem, z którego nigdy nie można się obudzić. Jedno jest pewne - jest ona nieunikniona. Każdy z nas kiedyś umrze, w bardziej lub mniej oczekiwanym momencie. Czy istnieje jednak sposób, by zostać zapamiętanym i zostawić po sobie jakikolwiek ślad?

Hazel to szesnastolatka jakich wiele, która jest nieuleczalnie chora. Dzięki terapii jej życie zostało przedłużone na kilka lat. Swój czas spędza głównie w domu, czytając od początku tę samą książkę i oglądając America's Next Top Model. Uczęszcza także na spotkania grupy wsparcia dla młodzieży chorej na nowotwór, na których poznaje Augustusa Watersa - chłopaka na tyle czarującego, co inteligentnego. Szybko się zaprzyjaźniają, a z czasem ich relacje pogłębiają się. Początek ich znajomości przynosi ze sobą coś nowego i wspaniałego, co, choć w niewielkim stopniu, pomoże zapomnieć o ich codziennej walce. Walce, która w każdej chwili może się skończyć.

Macie tak czasem, że piszecie opinię książki, która wprost zawładnęła sercami czytelników, zrobiła niemałe zamieszanie w Blogosferze, a wy nie macie słów, by ją jakkolwiek określić? A więc, Panie i Panowie, witam w tym szanownym gronie. O "Gwiazd naszych wina" powiedziane zostało tyle (dobrego), że nie mam zielonego pojęcia co zrobić i jak zebrać w całość moje myśli, by udało mi się tu cokolwiek nowego napisać. Bo to powieść po prostu idealna. Perfekcyjna w każdym calu. Rewelacyjna. Muszę kontynuować?

No, niech będzie, zaczęłam to skończę. Chociaż nie wiecie nawet z jaką trudnością mi to przychodzi. Dlaczego? Bo "Gwiazd naszych wina" mną zawładnęła, tak po prostu. Zawładnęli mną Hazel i Augustus, ich podejście do wszelakich spraw, życia, śmierci, choroby. Ich nadzwyczajna, jak na ten wiek, inteligencja. Również to, że mimo swojego "wyroku" w dalszym ciągu mieli nadzieję i starali się żyć "najlepiej jak tylko potrafili".

Właśnie - bohaterowie to niewątpliwie jedna z największych zalet tej książki, tfu, arcydzieła. Hazel, Izaac, o Augustusie nie wspominając - czy można ich nie pokochać? Każdy tak rzeczywisty, charyzmatyczny, a także wyjątkowy, że naprawdę ciężko będzie o nich zapomnieć (a kto zamierza). Ale to właśnie Augustus Waters, mimo swych drobnych słabości (kto ich nie ma?) jest tą postacią, która wzbudziła we mnie najwięcej emocji. Wielbię go za wszystko. Błyskotliwość, poczucie humoru, światopogląd, naturalność. Za to, że po prostu się tu znalazł.

Kolejny element, za który chylę czoła przed panem Greenem to relacja między Augustusem i Hazel. Opisana została tak realnie, że odczuwałam wszystko to, co główni bohaterowie w danej chwili. Śmiałam się i rozpaczałam razem z nimi. Pan Green potrafi grać na emocjach czytelnika i podobnie potrafi łamać im serca. Po przeczytaniu długo, naprawdę długo nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Rzadko się zdarza, by coś poruszyło mnie aż tak, by musiało skutkować podobną sytuacją. Ale, jak widać, można. John Green dał tu przykład, że nie wszystko zawsze kończy się szczęśliwie. Pokazał nam, czytelnikom, prawdziwe i jakże niesprawiedliwe życie.

Powieść ta to po prostu fenomen. Fenomen jakże prawdziwy i wstrząsający zarazem. Fenomen dopracowany w każdym calu, pełen niezwykłych, życiowych cytatów. Już nie będę nawet odpowiadać na głupie pytanie czy warto przeczytać, ale jeśli nie udało mi się przekonać Was do zapoznania się z tą książką w wystarczający sposób, to radzę poczytać opinie i recenzje innych internautów. Jeżeli natomiast czujecie się zachęceni, odsyłam do księgarni. Tak, do księgarni, nie biblioteki, bo "Gwiazd naszych wina": 1) jest warta swoich pieniędzy, 2) jeszcze nie raz i nie dwa do niej wrócicie, a po skończeniu lektury nie będziecie w stanie jej zamknąć, uwierzcie mi. Dla mnie ta powieść znaczy tyle co "Cios udręki" dla Hazel. Po prostu.


Ocena: 10/10